Przeglądaj

Niezidentyfikowane


Przegladaj
 

"Rebeka. Relacje polsko- żydowskie w Radoszycach i życie codzienne w pierwszej połowie XX wieku." Sara Samek

Autor: Fundacja Shalom

Rebeka Relacje polsko- żydowskie w Radoszycach i życie codzienne w pierwszej połowie XX wieku. Sara Samek uczennica II LO im. Jana Śniadeckiego w Kielcach pod kierunkiem Elżbiety Sobierajskiej Wiele wydarzeń, o których będzie mowa, ma faktyczne odzwierciedlenie w historii, kilka postaci istniało naprawdę, o wielu pamięć istnieje do dziś. Moja Rebeka natomiast, jej rzeczywistość, wszystko, co odczuwa i widzi, to zlepek opowiadań różnych osób, różnych tekstów, różnych uczuć, które zlałam w jedną opowieść… Rok 1933 Rebeka 21.03.1933r Mam na imię Rebeka. Mam osiem lat i mieszkam z rodzicami, babcią i siostrą Esterą w Radoszycach. Dzisiaj mój ukochany wujaszek Dawid wrócił z Warszawy. Wujaszek jest kupcem i często nie ma go w domu. Bardzo go kocham. Wujaszek zawsze mi coś z podróży przywozi. Dzisiaj dostałam ten piękny zeszyt. Powiedział, że jeżeli coś się wydarzy wyjątkowego albo jeśli będzie mi smutno, to mam w nim pisać. Dzisiaj jestem wesoła, bo kochany Dawid wrócił. Zanim wujcia zobaczyłam, to usłyszałam. Śpiewał: ,,A piękna Rebeka w utęsknieniu czeka, aż przyjadę po nią sam…”. Potem otworzył drzwi, a ja rzuciłam się wujciowi na ręce. ,,Co to za piosenka?”- zapytałam. A on odpowiedział, że był w teatrze, chyba ,,Morskie Oko”. Zapamiętałam, bo Ruta kiedyś coś o Morskim Oku mówiła… Bardzo mi się ta piosenka spodobała. Jest trochę smutna, ale wujcio Dawid śpiewa ją tak, że staje się wesołą. 18.06.1933r. Byłam dzisiaj z Rutą na wycieczce rowerowej. Ruta to moja najlepsza przyjaciółka. Po szkole wyszłyśmy razem na spacer. Szłyśmy moją ulicą, to ulica Żydowska, w dół do rynku. Pomachałyśmy mamie Ruty, która właśnie wyszła przed sklepik. Bo rodzice Ruty prowadzą w Radoszycach sklepik. Jestem dzisiaj bardzo zmęczona tą wyprawą. Idę już spać. Resztę napiszę jutro. 19.06.1933r. Wczoraj nie miałam już siły pisać. Skończę dzisiaj. Niedaleko rynku jest wypożyczalnia rowerów u pana Przytyckiego, ja mam swój rower, ale Ruta nie ma. Wypożyczyłyśmy rower dla Ruty i razem z jej dużo starszym bratem Rafałem pojechałyśmy do lasu. Rodzice nie puściliby nas samych. Musiałyśmy więc znowu, już z Rafałem, wjechać na Żydowską, potem zjechać w dół, a potem cały czas jechać prosto. Przed samym lasem jest droga z wysokimi drzewami po obu stronach. Jest tam bardzo ładnie. Podjechaliśmy pod jeziorko. Długo rozmawialiśmy przy nim. Rafał jest bardzo śmieszny. Lubię, kiedy opowiada nam różne historię. Powiedział, że głęboko w lesie jest czarownica i teraz się trochę boję. Nie mówiłam o tej historii rodzicom, bo chybaby się im nie spodobała. Rok 1936 Stefan 01.01.1936r. Babcia powiedziałaby, że już ćmok. Więc siedzę sobie w ten ćmok, na wielkiej dzikiej jabłoni i słucham odgłosów ludzi świętujących pierwszy dzień stycznia. Ja świętuję podwójnie i zastanawiam się, jakim sposobem kończę już siedemnaście lat. Przypomina mi się dzieciństwo, długie zabawy na dworze, zatroskana, młodziutka twarz mamy. Pamiętam, jak urodził się Janek, Stefania, potem Zenek i całkiem niedawno ukochana Różyczka. To wszystko zdaje się tak bliskie, choć jest tak odległe. Czasami chciałbym zatrzymać czas, ale z drugiej strony…. Kto wie, jak piękne dni mają dopiero nadejść. Rebeka 11.01.1936r. Wczoraj rano, jak co tydzień, przyszła Stefania pomóc w przygotowywaniu kolacji szabatowej. Jest bardzo ładna. Ma długie blond włosy i piękne błękitne oczy. Tylko ona pozwala mi wsadzić paluch w mus jabłkowy, który tak uwielbiam. Pomagałam jej przez chwilę i nie wiedzieć kiedy, Słońce zaczęło zachodzić. Mamusia zapalił sześć świec i wszyscy razem poszliśmy do synagogi. Na szczęście jest parę kroków od domu - było zimno, a ja nie lubię zimna i spacerów po kolana w śniegu. A dzisiaj już sobota i nareszcie wieczór. Jest mi wstyd, że kiedy odczytywano Torę, moja siostra uważnie wszystkiego słuchała, a ja myślałam już o cymes i kuglu z ryżem… Wujcio by mnie pewnie pocieszył, ale na szabat nigdy wujcia nie ma. 12.01.1936r. Zaraz przyjdzie pan Zylmer i razem z Esterą będziemy analizować kolejny fragment Tory. Pewnie nadrobimy też lekcję z soboty. Dzisiaj ktoś zalał mi zeszyt atramentem i było to bardzo przykre. Ruta mówi, że to na pewno Jasia. Twierdzi, że jest zazdrosna o Antka, któremu się podobam. Ja nie lubię Antka, więc nie wiem, czemu się tak zachowała. Najlepiej jak z nią jutro porozmawiam. Stefan 20.03.36r. Czasami nie rozumiem swojego narodu. Żydzi żyją wśród nas, mieszkają po sąsiedzku, prowadzą interesy. Czy do ich obecności nie można po prostu przywyknąć? Wychodząc dzisiaj ze sklepiku od pana Rubinka, minąłem się z Żydem podjeżdżającym na rowerze pod Karola. Ciągnąc za sobą wózek z wapnem, jechał wzdłuż ulicy i nie wadząc nikomu, pogwizdywał coś wesoło pod nosem. Był wyraźnie zadowolonym z życia człowiekiem, choć podejrzewam, że wózek miał ciężki i lekko mu w tym momencie nie było. Na chwilę odwróciłem od niego twarz, żeby przeczytać ogłoszenie na słupie, ale nawet nie wiem, czego dokładnie dotyczyło. Nie przeczytałem go zresztą jeszcze do końca, kiedy z zza moich pleców dobiegły mnie jakieś krzyki. Odwróciłem się i zobaczyłem kilku uciekających chłopców z pustymi wiadrami w ręce. Byli za daleko, żeby ich rozpoznać, tym bardziej gonić. Mój wzrok znowu padł więc na niepozornego starszego mężczyznę. Biedny Żyd stał zrozpaczony nad zalanym wodą wapnem. Załamywał ręce, bujał się to w prawo to w lewo, wzywał Abrahama. W końcu, w swej niemocy, zawrócił rower i pojechał w dół Karola, a ja odprowadziłem jego oddalającą się sylwetkę do końca ulicy, łudząc się, że daję mu tym choć chwilową gwarancję bezpieczeństwa. Oficjalnie nie wiadomo, kto to zrobił, brak świadków. A nieoficjalnie wszyscy już wszystko wiedzą. Zresztą mój własny dziadek prędzej by zachowanie tych chłopaków pochwalił niż zganił. Dzięki Bogu, mnie wychowano inaczej. Dzielimy się na Polaków, Żydów, Niemców… - zapominając, że wszyscy jesteśmy ludźmi. Rebeka 08.09.1936r. Dzisiejszy dzień nie zaczął się dobrze. Bardzo chciałam jechać z wujkiem Dawidem na targ pod Kielcami, ale tata się nie zgadzał. Tata nie przepada za bratem mamy i nie podoba mu się, że spędzam z ukochanym wujem tyle czasu. Na szczęście, jako prezes zarządu gminy żydowskiej, miał się zaraz stawić w rabinacie i nie miał czasu na dalsze kłótnie. Pojechałam i tak bardzo się cieszyłam. Ciągnęliśmy się w korowodzie mniejszych i większych wozów, przy tupocie koni i dźwięcznym głosie wujcia! Tak kocham, kiedy wujcio śpiewa! A ja z Rutą razem z nim. ,,Umówiłem się z nią na dziewiątą, tak mi do niej tęskno już, zaraz wezmę od szefa akonto…. ” Przy dźwiękach muzyki dojechaliśmy na wielki plac, gdzie było jeszcze głośniej niż w samochodzie. Do moich uszu z każdej strony dochodziły nawoływania, muzyka i przeróżne inne odgłosy. Bardzo długo błądziłam z Rutą między straganami, podczas gdy wujek załatwiał swoje interesy. Weszliśmy od strony południowej. Wszędzie leżały owoce, warzywa i wielkie butle z mlekiem. Potem w środku placu stały rzędami kramy z odzieżą - wszystko tak jak w Radoszycach - i tutaj z Ruta utknęłyśmy. Oglądałyśmy sukienki i wspinałyśmy wysoko na palce. Ja byłam Polą Negri, a ona Gretą Garbo, o których wujcio opowiedział nam już chyba wszystko. Nie wiem, ile tak stałyśmy, tańcząc i śmiejąc się głośno, ale w końcu znalazł nas kochany Dawid- zresztą dobrze wiedział, gdzie szukać. ,,Kochane baby, ach te baby” zaczął śpiewać, kiedy tylko nas zobaczył. Złapał mnie i Rutę pod pachy i kręcił w koło, a ja ze śmiechu dostałam aż kolki. Mogłyśmy sobie wybrać po jednej sukience! Patrzę na swoją, teraz gdy piszę i wciąż nie mogę wyjść z zachwytu! Ma niewielki dekolt zakończony kołnierzykiem z falbanką , i piękną różową kokardkę na środku, zwęża się w pasie, a potem swobodnie opada aż do kostek. Jest różowa w białe kwiatuszki. Zaraz idę jeszcze raz uściskać za nią wujcia. To był taki miły dzień. Rok 1937 Stefan 02.12.1937r. Śmieję się dzisiaj od rana. Ponoć pan Jaś, który sprzedaje konie na targu w każdą środę, odnalazł na Lewoszowie miłość swojego życia. Przed panną się do miłości przyznać nie umiał, to poprosił Żydówkę Adę o pomoc - Ada się z wybranką serca przyjaźni. ,,Przekaż Leśce, że ona ma taki wielki brzuch jak nasza czarna krowa”. I nie wiem, na ile wiernie pani Ada tę wiadomość przekazała , ale odpowiedź brzmiała - ,,To mu powiedz, że on jest ślepy i wchodzi na słupy”. A dzisiaj na Lewoszowie wesele. Ile ta historia ma w sobie prawdy, a ile nie, nie wiem …. Najważniejsze, że im razem dobrze. 22.12.1937r. Byłem dzisiaj z Zenkiem w rynku, bo ma urodziny i chciał pojeździć na karuzeli. Gwar, jaki panuje na ulicach, nie może ujść uwadze, a powód zamieszania jest wszystkim znany. Chanuka wypada w tym roku wyjątkowo blisko świąt Bożego Narodzenia, przez co ruch na targach jest większy niż zwykle, a po ulicach bez przerwy jeżdżą wozy i samochody. Widziałem, że pod warsztat stolarski pana Mendla podjechał wielki wóz wypełniony workami - domyślałem się, co było w środku. Polskie dzieci, nie wiedzieć kiedy, podbiegły do wozu i zaczęły wybierać rodzynki paluszkami. Pan Rozberg nie zwrócił im uwagi, choć wszystko widział. Pracuję u niego od roku i wiem, że to złoty człowiek. Zawsze można na niego liczyć, jest wyrozumiały, a zarazem bardzo wymagający. Ostatnio, wiedząc, że zbliżają się święta, dał mi pudełko rodzynek i kilka tabliczek mlecznej czekolady dla rodzeństwa. Dzieciaki chciały mnie udusić ze szczęścia, kiedy zobaczyły prezent. Tylko mama trochę spochmurniała, bo wie, że nie może się panu Rozbergowi w żaden sposób odwdzięczyć. 24.12.1937r. Ciotka Myszka przybiegła do nas dzisiaj w południe wyraźnie podekscytowana i może trochę przestraszona. Od razu pomyślałem, że faktycznie musiało się coś stać, jeżeli porzuciła świąteczne przygotowania, żeby nas odwiedzić. Usiadła na stołku w izbie, złapała parę łyków wody i zaczęła opowiadać: ,,Ponoć ten wielki cadyk, co go Żydzi tak poważają, przyszłość przepowiada! A wszystko Stach od rana opowiada w sieni! Blady siedzi, nie dowierza! Olaboga!” A rozchodziło się o to, że Stach, cioci sąsiad, pytał podobno cadyka Izraela Finklera, co będzie miała źrebna klacz. Cadyk, nie zastanawiając się długo, odparł że ,,ogiera ciemnego jak noc”. Dzisiaj rano Stach wstaje, idzie do stodoły, a tam koło klaczy co leży? No oczywiście piękny, zdrowy, kary koń. Biedny Stach na przemian teraz milczy, a na przemian opowiada tym, którzy na własne uszy chcą usłyszeć, co się wydarzyło. Rebeka 17.02.1937r. Przejeżdżałam z wujciem po południu koło domu tej Żydówki, która wyszła za Polaka. Przyjęła chrzest, ale nadal była wierna naszej wierze. Wujek znał tak samo Judytę jak Marka i mówi, że to wspaniali, serdeczni ludzie, bardzo w sobie zakochani. Teraz spodziewają się dziecka, ale niedługo po narodzinach wyjeżdżają. Judyta została przez rabina wyklęta i bardzo cała tę sytuację przeżywa, a Marek jest skłócony z ojcem. Kiedy wujek Dawid opowiadał, zrobiło mi się bardzo smutno. Przecież to nie ich wina, że się w sobie zakochali, nie wybrali tego. Pamiętam jak tata dowiedział się o ich ślubie. Uznał wtedy cały związek za hańbiący i powiedział, że pozostaje się za nich modlić. Wiem, że gdybym zakochała się w Polaku, tata i mnie by znienawidził. 01.07.1937r. Dzisiaj w południe zmarł Izrael - Joska Finkler. Wszyscy są bardzo smutni. Najbardziej tatuś. Cały czas powtarza, jak wielki człowiek nas opuścił i jak znaczącą był osobą. Wiem, że tata często chodził do cadyka z prośbami o pomoc czy radę i bardzo cenił jego zdanie, jak wszyscy zresztą. Estera też od rana płacze i nie wiem, jak mam ją pocieszyć. Teraz siedzi z nią mamusia. Rok 1938 Stefan 05.04.1938r. Dzisiaj był u nas Dawid Gincberg. To dobry znajomy ojca i zawsze sprzedaje nam zboże taniej niż na targu. Przyjechał ze swoją trzynastoletnią siostrzenicą. To bardzo wesoła dziewczyna i od razu ją polubiłem. Jest uderzająco podobna do wujka, a takich ludzi nie da się nie darzyć sympatią. Dawid długo rozmawiał z tatą o polityce i jest wyraźnie zaniepokojony tym, co się dzieje w Niemczech. Mówi, że to się źle skończy. Boi się, że Hitler może zarazić swoimi chorymi ideami całą Europę. Tata z kolei jest dużo spokojniejszy. Uważa Hitlera za niegroźnego szaleńca, którego czas szybko minie. Jest przy tym pełen wiary w polskie wojsko i spokojny o przyszłość. Przegoniliśmy Ruskich z nad Wisły, to i z Niemcami damy radę. Ja już nie wiem, co o tym myśleć. Chcę, żeby wszystko było jak najlepiej i nie wyobrażam sobie innej możliwości, ale jednocześnie czuję gdzieś w sobie ogromny niepokój. Niepokój, który nie wróży nic dobrego. Rebeka 05.04.1938r. Dzisiaj wujcio jechał do Skibińskich sprzedawać zboże i wziął mnie ze sobą. Wjechaliśmy na podwórze, zatrzymując się przed małą drewnianą chatką. Wyszedł z niej znajomy wujcia, pan Stanisław - jego córka pomaga nam czasem w dzień przed szabatem. Zaraz za nim szedł błękitnooki chłopak. Miał blond włosy i jasną cerę. Kiedy wujcio zaczął rozmawiać z panem Stasiem, chłopak podszedł do mnie i przez chwilkę rozmawialiśmy. Powiedziałam, że znam go już z opowiadań Stefanii i bardzo miło mi go w końcu zobaczyć. Stwierdził, że ma nadzieję, iż nie jestem zawiedziona widokiem i roześmiał perliście. Bardzo go polubiłam. Muszę o tym spotkaniu zaraz opowiedzieć Rebece, która swoją drogą jest bardzo kochliwa, ale przynajmniej będziemy miały, o czym rozmyślać przez najbliższe dwa wieczory.

 
« powrót
 
Copyright © by Fundacja Shalom 2011
Projekt i realizacja: JMC.
Dofinansowano ze środków NInA

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X