Przeglądaj

Niezidentyfikowane


Przegladaj
 

Tytuł tematu

Powojenne zdjęcia Żydów polskich

Powiększ

Opis

O. Daniel Rufeisen, Palestyna, 1963. Ojciec Daniel Rufeisen – zakonnik, karmelita, pochodzenia żydowskiego. Zanim wyemigrował do Izraela, walczył o utrzymanie kościoła w Szopienicach, za co miał być aresztowany. Nie stało się tak dzięki wstawiennictwu Tadeusza Jankowskiego, którzy przekazał to zdjęcie. Skrót listu: „Po raz pierwszy spotkałem się z ludnością żydowską, a właściwie – z jedną taką rodziną – w Sierakowie Wielkopolskim, w mieście, w którym urodziłem się na samym początku pierwszej wojny światowej i którym mieszkali moi dziadkowie i wujostwo. (…) W Sierakowie, przy ul. Poznańskiej, wznosi się wspaniały, renesansowy kościół pobernardyński, od dwu prawie wieków parafialny. Naprzeciw tej zabytkowej, sakralnej budowli mieszkał za moich czasów jedyny i ostatni mieszkaniec narodowości żydowskiej o nazwisku Ritterband. (…) wielodzietny, skromny sklepikarz. (…) Otóż Ritterband, kiedy w okresie oktawy Bożego Ciała wychodziła na ulice miasta uroczysta procesja, przystosowywał się jak ogół Sierakowian do powszechnego, katolickiego zwyczaju. Przystrajał swój dom, zielonymi, brzozowymi gałęziami. Szanował stare Polaków tradycje. Czuł się jednym z nich”. W 1945 roku (…) nie było już Ritterbanda, który należał do „klimatu” tego miasteczka. Wywieźli go hitlerowcy wraz z jego całą rodziną. Już nie powrócił. Pozostała jedynie pamiątka po żydowskiej społeczności Sierakowa – synagoga. W czasie okupacji był w niej magazyn, potem kino. I jest kinem dzisiaj. (…) W Rogoźnie rodzice moi nabyli dwa sąsiadujące z sobą domy, przy ulicy Ogrodowej. Do chwili naszego przybycia w większym z tych domów mieszkała rodzina Kohnów. To ona sprzedała ten dom wraz z obszernym podwórzem i dużym ogrodem moim rodzicom. Kohnowie bardziej byli związani ze społecznością niemiecką, żyli przez kilka pokoleń pod władzą pruską, więc postanowili wybrać tę opcję, która była im znana. Nie wiedzieli, co niesie ze sobą nowa, polska państwowość. (…) Nigdy nie zapomnę, jak Kohn płakał przy odjeździe. Mój ojciec pocieszał go, że może w Niemczech łatwej zdobyć się na jeszcze lepszy dom i sklep. Nigdy nie dowiedzieliśmy ich dalszych losów, chociaż nieraz och wspominaliśmy. Kohnowie wyemigrowali, lecz w Rogoźnie po pierwszej wojnie światowej pozostało kilka rodzin żydowskich, i to w niedalekiej od nas odległości, bo przy ul. Rynkowej i Rzeźnickiej. (…) Z osób, które nie wyjechały z Rogoźna, pozostała mi w pamięci postać właściciela małej trafiki przy ul. Rynkowej. W ciasnym, ciemnym sklepiku na kontuarze świecił się stale niebieskawy płomyczek gazowy dla klienteli, które zapalała sobie zakupione tu, u pana Sommerfelda / tak się chyba nazywał/ papierosy albo – rzadziej – cygara. Chudy, nieco pochylony sprzedawca polecał też przybyszom lewicowe, „czerwone” gazety, które nie miały wielu nabywców w Wielkopolsce. Przy tejże ulicy mieszkał brodaty, zawsze niedbale ubrany, Icchak (…). Nie wiem, z czego się utrzymywał, chyba handlował. Robił wrażenie biedaka. Nikt się nim specjalnie nie interesował do dnia, kiedy gruchnęła wiadomość, że Icek nie żyje, że został zamordowany. (…) Okazało się, że opryszek schował się w izbie u Icka, pod łóżkiem i w nocy zadusił go. (…) Później, po wielu latach, po kampanii wrześniowej 1939 roku i po wyrwaniu się z niewoli niemieckiej, trafiłem znowu do Rogoźna, w którym panowały straszne rządy hitlerowskiego bezprawia. Miejscowi volksdeutsche przy pomocy żołnierzy Wermachtu mordowali Polaków bez sądu, po lasach i na polach. Wtedy też zginęła reszta garstki ludności żydowskiej. Tego nie widziałem, gdyż sam się ukrywałem, natomiast znajomi opisali mi scenę palenia na Starym Rynku zabytkowych ksiąg i szat liturgicznych z synagogi. (…)Po wojnie do Rogoźna nie wrócili żadni Żydzi (…). W okresie, kiedy mieszkałem stale w Rogoźnie, przypadło mi służyć w wojsku. Były to lata 1935 – 1936. Powołany zostałem do Szkoły Podchorążych 14. Wielkopolskiej Dywizji Piechoty w Poznaniu. Chciałbym tu poświęcić parę zdań kolegom – Żydom, z którymi wspólnie pełniliśmy służbę wojskową. Było ich trzech. (…) Pierwszy z nich, (…) trafił do naszej kompanii podchorążackiej po dłuższym pobycie w Szwajcarii, na studiach. (…) Uważam, że wcale nie powinien służyć w wojsku, ponieważ był wątłej budowy i przedstawiał sobą typ naukowca, intelektualisty, mola książkowego. Zawsze uprzejmy, kulturalny, wszystkim życzliwy. (…) W końcu powędrował do szpitala, co uznaliśmy za najwłaściwsze dla niego rozwiązanie. Do kompanii już nie wrócił, bo się nie nadawał. (…) Drugi, Sommerstein, był przeciwieństwem tego pierwszego: potężnej budowy, arogancki, niekoleżeński. (…) Był jeszcze jeden, Springgut. Odznaczał się wspaniałą postawą fizyczną, bystrością umysłu i talentami wojskowymi. On zaszedł najwyżej, bo uplasował się w najwyższych miejscach w końcowej tabeli ocen Szkoły Podchorążych. (…) Po ukończeniu szkolenia w podchorążówce przeszedłem do pułku, 58 pułku piechoty w Poznaniu. Tu jako kapral – podchorąży objąłem dowództwo drużyny. Wśród kilkunastu moich podkomendnych znaleźli się dwaj Żydzi: Feinmesser i Braun. Byli zupełnym przeciwieństwem. Feinmesser, tkacz maszynowy z Łodzi, małego wzrostu, trochę elegant, ruchliwy, dowcipny. Braun, uczeń szkoły religijnej, spokojny, flegmatyczny. Starał się znaleźć czas, aby pomodlić się po cichu w kącie izby żołnierskiej. Pobożny. Nieraz protestował wtedy jego kolega, zarzucając Braunowi, że modli się, kiedy ma wykonać jakąć wyznaczoną pracę. (…) Po zakończeniu służby wojskowej i studiach pedagogicznych w Poznaniu, które ukończyłem w końcu czerwca 1939 roku, starałem się o uzyskanie posady nauczyciela w jakiejkolwiek części kraju. Oczekiwałem daremnie do sierpnia tego roku. Potem nastąpiła mobilizacja. Zgrupowanie koło Kutna. Następnie marsz pod bombami w kierunku Warszawy. Ogarnięcie przez wroga na północ od Radziejowa. Wydostanie się z rąk niemieckich. Przedostanie się znów do armii polskiej pod Łowiczem. W armii „Pomorze” aż do likwidacji kutnowskiego kotła. Tułaczka. Powtórna niewola. Zamknięcie z Żydami i Polakami w kościele w Kutnie. Potem obóz w Łęczycy. Zwolnienie dzięki znajomości języka niemieckiego i natrafienie na wyjątkowo kulturalnego oficera rezerwisty. Piesza wędrówka do Rogoźna i ukrywanie się do momentu wysiedlenia całej rodziny mej siostry zamężnej, ojca i reszty mego rodzeństwa. Po pobycie w obozie przejściowym pod Obornikami wyjazd pod eskortą do Sokołowa Podlaskiego. W dniu 15 grudnia 1939 roku na dworcu sokołowskim oświadczono nam, że teraz mamy sami zająć się swym losem. Był pierwszy siarczysty mróz i ogromna masa śniegu. Staliśmy jakiś czas bezradni. Nagle z dość oddalonego miasta zaczęły zjeżdżać chłopskie furmanki - akurat przypadał dzień targ – i zabierały nas do miasta lub w jego okolice. Nas zawiedziono na ul. Rogowską 19 i ulokowano w kompletnie pustym mieszkaniu na pierwszym piętrze. Przyniesiono drew, aby rozpalić ogień oraz słomę celem przygotowania nam posłania. Z rozmowy z panem Ludwikiem Hrynieckim, który nas tu ulokował dowiedzieliśmy się, że mieszkańcami tego murowanego, wysokiego domu są Żydzi. Również to puste mieszkanie, w którym nas umieszczono, było zajmowane przez rodzinę żydowską i to dość wysoko postawioną w miejscowej hierarchii wyznawców religii mojżeszowej. Zainteresowało mnie, dlaczego aktualnie nikt tu nie mieszka. Okazało się, że lokator tego mieszkania opuścił wraz z rodziną Sokołów z cofającymi się wojskami sowieckimi. Armia radziecka w końcu września przekroczyła Bug i postępując na zachód zajęła obszar powiatu sokołowskiego. Po zawarciu w dniu 28 września 1939 roku układu radziecko – niemieckiego o granicznej linii demarkacyjnej na rzece Bug wojska sowieckie zaczęły cofać się na wschód a wraz z nimi uchodziła część miejscowej ludności żydowskiej, która miała słuszne obawy narażenia się na prześladowania takie, jakie już spotkały Żydów w Niemczech. Z tego powodu to lokum pozostawało do naszej dyspozycji, wysiedlonych z Rogoźna: czteroosobowej rodziny mojej siostry Ireny Przybylskiej, ojca – Seweryna Jankowskiego, brata Kazimierza – absolwenta na równi ze mną Pedagogium oraz młodszej siostry Janiny, uczennicy licealnej. Ja byłem ósmą osobą w tym gronie. Dom dwupiętrowy, murowany przy ul. Rogowskiej 19 stanowił własność Białego Lwa. Nie wiem kto tę posesję zbudował i posiadał do chwili naszego przybycia. Nie pamiętam, czy komukolwiek płaciliśmy za wynajmowany lokal, lecz nieruchomość ta niewątpliwie miała właściciela narodowości żydowskiej, teraz nieobecnego. Na parterze kamienicy, chyba dziesięcioosobowa, rodzina Lewinów, wyglądała na ludzi niezamożnych. Po nawiązaniu pierwszych kontaktów głowa rodziny, senior Lewin, właśnie do mnie kierował prośby o wypełnianie różnego rodzaju formularzy meldunkowych, zapotrzebowań na kartki żywnościowe i pozdrawiał mnie z tej przyczyny przy każdym spotkaniu. On też ze swej strony wyświadczył mnie i memu bratu wielką przysługę. Otóż w początkach 1940 roku po polskich domach chodziła grupa na czarno umundurowanych volksdeutschów i wyłapywała młodzież polską celem wysyłki jej na przymusowe roboty w Niemczech. Mieliśmy z bratem obawę, że i nas może spotkać taki los. Wtedy Lewin załatwił nam schronienie na noc, łapanki bowiem odbywały się wieczorem i nocą, u żydowskiego piekarza z naprzeciwka, Tam przez kilka nocy lokowaliśmy się na wysokim piecu chlebowym, tuż pod sufitem. Wygody tam nie było, lecz bezpieczne aż do ustania owej branki. W rok później, chociaż nie mieszkaliśmy już w tym domu, Lewin zaprosił mnie i mego brata na wesele córki. Odbywało się ono już w okresie ograniczeń przemieszczania się ludności żydowskiej. Byliśmy świadkami ceremonii na podwórzu, pod baldachimem, a potem zaproszono nas do mieszkania. Po wyjściu z izby, w której działo się weselisko, już na korytarzu wypiliśmy po kieliszku alkoholu /”pejsachówka”/ i zagryźliśmy to landrynką. Miejscowi sokołowianie oświadczyli nam później, że to niebywałe wydarzenie, aby Polacy – katolicy zostali zaproszeni na żydowski ślub i wesele. Oni tu nie utrzymywali stosunków towarzyskich z ludnością żydowską. (…) Obok nas, na piętrze, mieszkała czteroosobowa rodzina żydowska, której nazwiska po upływie pół wieku nie zdołam już sobie przypomnieć. Była to rodzina zamożna, gdyż ów sąsiad miał udziały w octowni p. Mrozowskiego, w fabryczce, która znajdowała się przy ul. Lipowej w Sokołowie. Stanowił typ handlowca i wyglądał na sporo starszego od swej eleganckiej, kulturalnej żony. Ci państwo mieli 13-letnią córkę. Poza tym w skład rodziny wchodziła krewna któregoś z tych państwa; pełniła ona obowiązki służącej. Po kilku miesiącach sąsiedztwa zostałem zaproszony do mieszkania tych państwa. Pani domu zapytała mnie, czy mógłbym uczyć ich córkę, która nie może uczęszczać do żadnej szkoły. Zgodziłem się i wspólnie ustaliliśmy, ze lekcje będą się odbywały cztery razy w tygodniu, z wyłączeniem dni świątecznych, t.j. sabatu i niedzieli, w mieszkaniu tych sąsiadów. Pani z sąsiedztwa zwróciła się z taką propozycją do mnie, gdyż zapewne zaobserwowała, że uczę – oczywiście potajemnie – dzieci rodzin wysiedlonych, zamieszkałych na drugim piętrze tego domu. Tajnym nauczaniem objąłem już od stycznia 1940 roku – z własnej inicjatywy – dwie grupy młodzieży z Poznańskiego oraz jedną z Sokołowa. Nie pobierałem żadnych opłat, lecz od czasu do czasu rodzice mych uczniów sami poczuwali się do jakiegoś wynagrodzenia pieniężnego lub w innej postaci /np.obiady/. Od marca 1940 miałem kontakty z organizacją „ojczyzna” w Warszawie, którą stworzyli uciekinierzy, działacze naukowi i polityczni z Wielkopolski. Z ramienia tej organizacji przybył do mnie mój przyjaciel z czasów gimnazjalnych, po wojnie znany publicysta – red. Edmund Męclewski. Dzięki niemu otrzymywałem różne podręczniki szkolne i lektury z Warszawy. To pomogło mi bardzo w akcji tajnego nauczania. Uczyłem moją żydowską sąsiadkę z wielką osobistą satysfakcją, gdyż była to zdolna i pilna uczennica. Nawet po zmianie mego miejsca zamieszkania, co nastąpiło po zawarciu przeze mnie małżeństwa z sokołowianką, też moją uczennicą, w kwietniu 1941 roku oraz podjęciu „oficjalnej” pracy w Polskim Komitecie Opiekuńczym /RGO/, starałem się kontynuować nauczanie u byłych sąsiadów z u. Rogowskiej. Zakończyło się to po stworzeniu getta w Sokołowie. Utrzymywałem nadal kontakty z ową rodziną, która przed kompletnym zamknięciem getta, zwróciła się do mnie z prośbą o przechowanie ich wartościowych rzeczy w moim mieszkaniu. Wynajmowałem wtedy pokój za miastem, przy drodze do Rogowa, u ogrodnika Chybowskiego. Zgodziliśmy się wraz z moją zoną ukryć ich rzeczy u nas. Państwo ci dostarczyli nam te rzeczy do przechowania a sami schronili się gdzieś na wsi. Po kilku miesiącach krewna owych byłych sąsiadów zabrała przechowywane u nas przedmioty /głównie futra/, podziękowała za przysługę i wróciła gdzieś na wieś, do miejsca swego pobytu. Nie wiem, czy ta rodzina zdołała się uratować, gdyż nie zdobyliśmy żadnej wiadomości o jej losach. We wrześniu 1942 roku przenieśliśmy się z żoną do domu Radźków, na ul. Siedlecką 4, blisko moich teściów, naprzeciw – nieistniejącego już – budynku kina. Krzyżowało się tam kilka ulic. Miejsce bardzo ożywione. I tam przyszło mi uczestniczyć w pewnej, bardzo niebezpiecznej akcji. Otóż brat mój, Kazimierz Jankowski, młodszy ode mnie o trzy lata, nawiązał kontakt z naszym wspólnym kolegą z rogozińskiego jeszcze gimnazjum, Franciszkiem Ratajczakiem, zamieszkałym wtedy w Warszawie. Brat mój, na prośbę znajomych Żydów, zbierał fotografie i przekazywał do Warszawy. Tam sporządzono „aryjskie” dowody osobiste /Kenkarty/ dla chcących opuścić getto żydowskich sokołowian. „Dowody” te przywoził Ratajczak do Sokołowa i w moim mieszkaniu doręczał je zainteresowanym. Nie wiem, czy i jak za to płacono, gdyż przy mnie żadna taka transakcja nie odbywała się, Służyłem z żoną swym mieszkaniem i chęcią bezinteresownej pomocy ofiarom hitlerowskich prześladowań, pełni świadomi grożącego nam niebezpieczeństwa. W tym mniej więcej czasie, może parę miesięcy wcześniej, brat mój Kazimierz dokonał niezwykłego wyczynu. Otóż przebywał w jakiejś żydowskiej herbaciarni na t. zw. Małym rynku, gdy wpadli przerażenie Żydzi z sąsiednich domów, z krzykiem, że „granatowy”, polski policjant ich szantażuje i domaga się okupu za rzekomy bałagan w ich domach. Wtedy mój brat, ubrany w wytworny garnitur, w butach „oficerskich”, w kapelusz zielonkawym z piórkiem, wyszedł z lokalu i podszedł do policjanta. Zasypał go gradem niemieckich wyzwisk /znał ten język doskonale/ i kopniakiem zmusił przerażonego szantażystę do ucieczki. Trudno wyrazić entuzjazm i podziw dla odwagi tego obrońcy ze strony uciśnionych, którzy obserwowali przebieg tego wydarzenia. Dodam tu, że mój brat pomagał wielu Żydom, a córka przewodniczącego żydowskiego zarządu gminy, Lewina, obdarzała go swoją przyjaźnią. Poznałem ją kiedyś osobiście. Odznaczała się wysoką kulturą, elegancja i wesołym usposobieniem. Mąż jej przebywał w środkowej lub południowej Ameryce, skąd nieraz przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż via Szwajcaria docierały jakieś dary dla jego żony w Sokołowie. Ów małżonek w okresie powojennym sprowadzał do południowej lub środkowej Ameryki polskie drużyny piłkarskie. Zdaje się, że nazwisko jego zaczynało się na literę G, chociaż może się mylę. Żona jego nie żyje, bo hitlerowcy zamordowali ją gdzieś w powiecie sokołowskim. Tam pracowała za zezwoleniem Niemców, którzy obiecywali jej i jej ojcu, przewodniczącemu Judenratu w Sokołowie, bezpieczeństwo córki. Bardzo zabolała mego brata i mnie wiadomość o jej śmierci. W dniu 30 września 1942 roku, na wieść o rozpoczęciu likwidacji getta w Sokołowie pospieszyłem z żoną na pomoc mojemu ojcu i siostrze Janinie, którzy mieszkali przy samym wejściu do getta. (…) W czasie, gdy moja małżonka przygotowywała do wyjścia owych członków mej rodziny, podeszłem do okna, wychodzącego na podwórze. Tam ujrzałem straszny widok: w kącie podwórza, utworzonego przez dwa wysokie mury, kłębiła się garstka kilkuletnich żydowskich dzieci. Oprawcy z hitlerowskiej służby „pomocniczej” wpędzali owe nieszczęśliwe płaczące, lamentujące maleństwa w sam kat podwórkowego narożnika, popędzając je kolbami karabinów. Opierające się dzieci pchali brutalnie. Rozległy się strzały, również obok okna, przy którym stałem. Może oprawcy mnie zauważyli, a był zakaz zbliżania się do getta; więc cofnąłem się w głąb izby. Mimo że obok kamienicy rozlegały się odgłosy licznych strzałów karabinowych, zeszliśmy z piętra na dół. Teraz musieliśmy przejść w strasznym napięciu te kilkanaście kroków do bramy. (…) W Sokołowie, przy ówczesnej ulicy Długiej, w pobliżu skrzyżowania z ul. Siedlecką, mieściła się poprzednio żydowska drukarnia. Będąc kierownikiem Polskiego Komitetu Opiekuńczego na powiat sokoło sko-węgrowski /w czasie okupacji Niemcy połączyli oba powiaty/ nieraz zachodziłem do drukarni i zamawiałem różne druki, nie wymagające pokwitowania. Chciałem pomóc właścicielowi. Namawiałem go do poszukania schronienia. Nie decydował się. W pierwszej fazie likwidacji Żydów sokołowskich drukarz uchował się przy życiu. Odwiedziłem go znów po kilkunastu dniach. Przyniosłem nowe zamówienia na druki. Zauważyłem, że już nie jest sam, ma urzędowo [ustanowionego] kierownika, znającego się na drukarstwie. Więc kiedy znów po kilku dniach poszedłem do drukarni, powiedziałem mu, że powinien [teraz] ukryć się gdzieś pod Sokołowem. Oświadczył, że nic mu nie grozi, gdyż […] […] […] jako niezbędny pracownik. Zapytałem go, czy mu to nic nie mówi, że jest […] następcę, przysłanego przez Arbeitsamt, Polaka. Zatrwożyło go, to co mówiłem, lecz bał się też ucieczki. Przy pożegnaniu wsunął mi do ręki po kryjomu mały pakiecik. Kiedy wyszedłem na ulicę, rozwinąłem owo zawiniątko: bilety wizytowe z moim nazwiskiem i funkcją w Polskim Komitecie Opiekuńczym. (…) W jakiś czas później przechodziłem ul. Długą i ujrzałem tego drukarza zupełnie blisko, w uliczce, przy budynku bożnicy. Leżącego martwego, z rozłożonymi rękoma. Stawił się podobno na […] pozostawionych jeszcze „niezbędnych pracowników – Żydów”. Gdy zauważył otaczający ich oddział egzekucyjny, próbował uciec, lecz dosięgły go mordercze kule. (…) Spośród znanych mi osób, które zginęły w sokołowskim getcie wymienię tutaj przewodniczącego Rady Żydowskiej /Judenrat/, Lewina, ojca tej z domu Lewinówny, o której tu już wspominałem. Otóż podczas pierwszej likwidacji getta sokołowskiego zaproponowano Lewinowi wyjazd do Treblinki. Odmówił. Postanowił pozostać z tymi, którym w strasznych czasach przewodził. Stanął nad masowym grobem i dał się zastrzelić. (…) Pamiętam też sympatycznego, kulturalnego, stosunkowo młodego przyjaciela mojego brata, który pochodził z rodziny żydowsko – łotewskiej o nazwisku Frenkiel. W pewnym okresie szukał schronienia u mej siostry Ireny Przybylskiej w Sławatyczach. Potem jednak wrócił do Sokołowa. Ponieważ był tu niezbędny jako tłumacz /znał kilka języków/, strażnicy / Łotysze?/ wpuszczali i wypuszczali go. Było to w końcowej fazie pierwszego wykończenia getta. Pewnego dnia któryś z pijanych strażników strzelił do niego. Frenkiel zginął na miejscu. Chciałbym tu dodać, że moja siostra ze Sławatycz przechowała u siebie na strychu Żydówkę, której udało się uciec w czasie wymordowywania Żydów z sławatyckiego getta. Również ks. Kanonik St[…] Jest […] mój serdeczny przyjaciel, ukrył i żywił żydowską dziewczynkę, której udało się uciec z getta sokołowskiego. To tyle wspomnień okrutnego czasu wojny, okupacji i zbrodni.(…)”.

Słowa kluczowe

Emigracja, Izrael, Mężczyzna, Okres powojenny, Życie codzienne, Życie religijne

Osoby na zdjęciu

Daniel Rufeisen

Znane informacje

Sygnatura zdjęcia: FS_1_0397_0006
Zespół: 1 – kolekcja „I ciągle widzę ich twarze”
Rok: 1963
Miasto: Palestyna
Darczyńca: Tadeusz Jankowski
Prawa autorskie: Fundacja Shalom

Zdjęcia "dziś"

Brak zdjęć w galerii
 
Dodaj zdjęcie "Dziś"
 
 
Copyright © by Fundacja Shalom 2011
Projekt i realizacja: JMC.
Dofinansowano ze środków NInA

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celu świadczenia usług i w celach statystycznych. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce, w jej ustawieniach. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies, kliknij „Zamknij”. Jeżeli nie wyrażasz zgody – zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w naszej Polityce cookies

Zamknij X